Strategia czy „angielskie wyjście” Trumpa?
„Nikt nie unika odpowiedzialności” – przekonywał w niedzielę Donald Trump kiedy ogłaszał, że Stany Zjednoczone zwolnią elektronikę użytkową w tym smartfony z daniny celnej. Choć to zwolnienie samo w sobie było drastyczną zmianą w stosunku do jego polityki z zeszłego tygodnia, gdy wprowadził 125-procentowe „wzajemne” cła na wszystkie towary z Chin.
Przypadkowy obserwator mógłby pomyśleć, że wszystkie te nagłe zmiany w polityce celnej są dowodem na chaos w Białym Domu. Ale fani Trumpa mają inne zdanie. Bill Ackman – finansista i miliarder, okrzyknął zwrot Trumpa w polityce celnej jako „genialnie wykonany…podręcznikową sztukę zawierania umów”. Dowodzi to, iż najbardziej zagorzali zwolennicy prezydenta nadal upierają się, że jest on mistrzem strategii. A ci, którzy sugerują inaczej, ryzykują oskarżenie o syndrom nierozumnej niechęci do Trumpa. Prawda jest jednak po środku i wygląda na to, że Trump ma znacznie słabszą rękę, niż sądził, w grze w pokera taryfowego z Chinami. A im dłużej będzie to trwało, zanim Trump ostatecznie to zaakceptuje – tym więcej on i Stany Zjednoczone mogą stracić.
Wyjściowym założeniem Trumpa i jego akolitów handlowych jest to, że Chiny po wprowadzeniu ceł automatycznie znalazły się w niekorzystnej sytuacji. Scott Bessent, sekretarz skarbu USA, przekonywał, że Chiny „grają parą dwójek … ponieważ eksportujemy do nich jedną piątą tego, co oni eksportują do nas, więc jest to dla nich przegrana karta”. Jednak błędy w logice Trumpa i Bessenta polegają na tym, iż co prawda Chiny eksportują do USA znacznie więcej niż na odwrót ale jest to dla nich w rzeczywistości źródłem dźwigni, a nie słabością. Stany Zjednoczone nie kupują produktów z Chin w celach charytatywnych. Amerykanie chcą tego, co produkują Chiny. Jeśli więc te produkty staną się znacznie droższe – lub całkowicie znikną z półek sklepowych – Amerykanie będą cierpieć.
Do tego objęciem cłami elektroniki w tym smartfonów spowodowało, że Trump musiał w końcu milcząco przyznać się do czegoś, czemu zawsze zaprzeczał – cła płacą importerzy, a nie eksporterzy. Ponad połowa smartfonów sprzedawanych w Ameryce to iPhone’y, a 80 procent z nich jest produkowanych w Chinach. Amerykanie będą zatem głośno protestować, jeśli ich cena znacznie wzrośnie. Dla Amerykanów „Dzień wyzwolenia” nie miał przecież oznaczać wyzwolenia od ich smartfonów. Dlatego telefony i sprzęt komputerowy to najbardziej oczywiści kandydaci do wyłączeń celnych. Nie są to jednak odosobnione przykłady. Trump będzie musiał mieć też nadzieję, że nie będzie to gorące lato bo obecnie około 80 procent klimatyzatorów oraz wentylatorów elektrycznych na świecie jest produkowanych w Chinach i stamtąd importowanych przez Amerykę. Co więcej, Biały Dom z pewnością będzie chciał, aby wojna handlowa zakończyła się przed Bożym Narodzeniem, ponieważ 75 procent lalek i rowerów, które importują Stany Zjednoczone, jest również produkowanych w Chinach. Czy to wszystko można wyprodukować w Ameryce? To możliwe. Ale z pewnością zajmie to mnóstwo czasu, a i tak produkty końcowe będą droższe.
Dodatkowo pamiętając że Trump nie znosi nieprzychylnych komentarzy dziennikarskich, a nagłówki gazet wywołują u niego furię, zrobi zapewne wszystko aby zniknęły one z przestrzeni publicznej. Zamiast więc znosić ból związany z niedoborem towarów na rynku, jak również z podwyższoną inflacją, prawdopodobnie będzie dodawać coraz to więcej pozycji do listy towarów zwolnionych z ceł. Z drugiej strony, Chiny w tych okolicznościach mogą sobie pozwolić na grę na czas. Choć należy mieć w pamięci, iż jeśli Pekin zdecyduje się zostać nieprzyjemny, to ma kilka naprawdę potężnych narzędzi, które może wykorzystać. Chiny produkują prawie 50 procent składników wchodzących w skład antybiotyków, od których uzależnieni są Amerykanie. F35, stanowiący trzon sił powietrznych USA, wymaga komponentów – metali ziem rzadkich pochodzących z Chin. Chińczycy są również drugim co do wielkości zagranicznym właścicielem amerykańskich obligacji skarbowych – co może mieć znaczenie w czasie, gdy rynek jest pod presją.
Co więcej, nawet jeśli administracja Trumpa zdoła znaleźć kategorię „bolesnych” produktów importowanych z Chin, to wydaje się mało prawdopodobne, że może ona wyrządzić Chinom szkody zmieniające zasady gry. Należy bowiem pamiętać, że rynek amerykański stanowi zaledwie ok. 14 proc. chińskiego eksportu. Joerg Wuttke, były szef Europejskiej Izby Handlowej w Pekinie, twierdzi, że amerykańskie cła są „niewygodne, ale nie będą stanowić zagrożenia dla gospodarki chińskiej”. Tym nie mniej Biały Dom wciąż dobitnie sugeruje, że to prezydent Xi Jinping powinien podnieść słuchawkę i zadzwonić do Prezydenta Trumpa. Ale z dzisiejszej perspektywy widać że to Trump jest w odwrocie dlatego chiński przywódca nie ma żadnej zachęty do negocjacji – nie mówiąc już o błaganiu o litość. Nie wspominając już o tym że system autorytarny – ściśle kontrolowany przez Komunistyczną Partię Chin – jest z natury lepiej przygotowany do absorbcji politycznego i gospodarczego bólu niż Stany Zjednoczone, gdzie zawirowania gospodarcze szybko przekładają się na presję polityczną.
