Ceny obligacji mogą niepokoić inwestorów z Wall Street.
W ostatnim tygodniu amerykańskie akcje poszybowały do najwyższego poziomu w stosunku do obligacji skarbowych od ponad dziesięciu lat. Tym samym na rynku pojawiła się już niewielka nerwowością zwłaszcza wśród niektórych inwestorów z Wall Street mających ekspozycję w sektorze spółek technologicznych o dużej kapitalizacji.
Rekordowa passa amerykańskich akcji, która wraz z początkiem nowego roku wyniosła ich wyceny na nowe szczyty, spowodowała, że oczekiwane zyski liczone jako procent cen akcji wchodzących do indeksu S&P 500, jak podaje Bloomberg, spadła do 3,9 proc. Jednocześnie postępująca w drugim półroczu 2024 r. wyprzedaż na rynku obligacji skarbowych doprowadziła do wzrostu ich rentowności w okolice, które mogą zagrażać w dłuższym terminie potencjałowi dalszych wzrostów na rynku akcji. Dla przykładu rentowności benchmarkowych 10-letnich obligacji wzrosły w okolice 4,65 proc. Oznacza to, że różnica między powyższymi dwoma wskaźnikami, definiująca tzw. miarę premii za ryzyko, czyli dodatkową rekompensatę dla inwestora, który ponosi ryzyko z posiadania akcji, spadła do ujemnego poziomu, a co więcej osiągnęła tym samym poziom ostatnio widziany w 2002 r. podczas krachu dotcomów.
Do tej pory inwestorzy faktycznie godzą się na to aby być właścicielami tych dominujących firm technologicznych i są gotowi je kupić bez dużej premii za ryzyko. Jednakże rynek obligacji sugeruje, że może być to coraz mniej racjonalną postawą. Bowiem wysokie wyceny akcji w USA, określane jako „matka wszystkich baniek”, są wynikiem domagania się przez zarządzających funduszami ekspozycji na dynamiczny wzrost gospodarczy i zysków przedsiębiorstw w USA. Co więcej wysoka konkurencja na rynku asset management zmusza wielu zarządzających portfelami do dalszych zakupów akcji gdyż jak mówią, nie mogą ryzykować pominięcia w swoich portfelach akcji, np. tych określanych jako Wspaniała Siódemka, bowiem znajdują się one już w portfelach bezpośrednich konkurentów. Nie można przecież wykluczyć, że te dominujące firmy w bliskiej przyszłości przejmą kontrolę nad światem. Zatem ryzyko, że konkurenci będą osiągali lepsze wyniki determinuje zajęcie podobnych pozycji zakupowych.
Tradycyjnie konstruowana premia za ryzyko akcji jest czasami znana jako „model Fed”. Jest to związane z czasami kiedy to jeszcze Alan Greenspan zdawał się odwoływać do tak konstruowanej premii w czasach, gdy był prezesem Rezerwy Federalnej. Model ten ma jednak swoich krytyków, którzy uważają wykorzystywanie rentowności obligacji skarbowych jako „nieistotnego” nominalnego punktu odniesienia dla wycen akcji. Krytycy takiego podejścia sugerują, że premia za ryzyko akcji nie sprawdza się jako narzędzie predykcyjne dla zwrotów z akcji. Tym nie mniej coraz więcej analityków stosuje metodę wyceny premii za ryzyko posiadania akcji, choć nieco udoskonaloną, która porównuje rentowność akcji z rentownościami obligacji skorygowanych o inflację. W tym odczycie premia za ryzyko akcji jest również na najniższym poziomie od czasu internetowego krachu.
Biorąc pod uwagę, że marże zysku są powyżej swojej historycznej średniej, to gdyby powróciły do swoich historycznych norm, wzrost zysków mógłby okazać się bardzo słaby. Dodatkowo gdyby uznać, iż właściwszym sposobem, niż model Fed, obliczania premii za ryzyko akcji jest wykorzystanie oczekiwań dotyczących przepływów pieniężnych i wskaźników wypłat gotówkowych, wówczas premia za ryzyko cen akcji jest bliska najniższego poziomu nie od 10-lat, a niemal od 20-lat
Mimo wszystko należy jednak pamiętać, że spadająca premia za ryzyko amerykańskich akcji jest tylko jednym z wielu wskaźników odzwierciedlających gromadzenie się inwestorów na akcjach. Tym nie niej nawet jeśli dynamika na Mag 7 jest nadal silna, obecny rok może być początkiem dywersyfikacji pod względem ekspozycji na akcje.
